Pionowa wioska

Osiedle liczące ponad tysiąc mieszkań (czyli pewnie ok. trzech tysięcy mieszkańców) dające poczucie życia we wspólnocie, niczym w tradycyjnej wiosce? Wiemy doskonale, że w dużo mniejszych blokach anonimowość jest na porządku dziennym i o tworzeniu się jakiekolwiek wspólnoty nie może być mowy.

Osiedle The Interlace w Singapurze, proj. OMA / Ole Scheeren, fot. Ivan Baan; źródło: www.buro-os.com

Osiedle The Interlace w Singapurze, proj. OMA / Ole Scheeren, fot. Ivan Baan; źródło: www.buro-os.com

Tymczasem niemiecki architekt Ole Scheeren wraz z zespołem ze słynnej pracowni OMA postanowił stworzyć osiedle – blokowisko, w którym da się żyć wspólnie, znać sąsiadów, spędzać z nimi czas, wypoczywać. Warto dodać, że wszystko to postanowił zrealizować w środku liczącego blisko sześć milionów mieszkańców miasta.

Osiedle The Interlace w Singapurze, proj. OMA / Ole Scheeren, fot. Ivan Baan; źródło: www.buro-os.com

Osiedle The Interlace w Singapurze, proj. OMA / Ole Scheeren, fot. Ivan Baan; źródło: www.buro-os.com

Osiedle Interlace oddano do użytku jesienią 2013 roku. Stanęło w Singapurze, w którym za 15 lat liczba mieszkańców ma sięgnąć ośmiu milionów. Kompleks mieszkaniowy liczy nieco ponad tysiąc mieszkań; dla porównania w słynnej katowickiej Superjednostce jest ich 760. Ze względu na konieczność umieszczenia dużej ilości ludzi na stosunkowo niewielkiej działce (problem dotyczący prawie wszystkich dużych miast świata) koniecznością było budowanie wysoko. Aby jednak uniknąć konstruowania kolejnych banalnych, przytłaczających, nieoferujących nic poza miejscem do spania wież mieszkalnych Ole Scheeren i jego współpracownicy z OMA postanowili zbudować – jak sami to nazwali – „pionową wioskę”.

Osiedle The Interlace w Singapurze, proj. OMA / Ole Scheeren, fot. Ivan Baan; źródło: www.buro-os.com

Osiedle The Interlace w Singapurze, proj. OMA / Ole Scheeren, fot. Ivan Baan; źródło: www.buro-os.com

Osiedle podzielili na 31 sześciopiętrowych budynków, które ustawili… jeden na drugim. Poprzesuwane względem siebie stworzyły niezwykłą, prawie surrealistyczną kompozycję. To pozornie chaotyczne „składowisko” bloków ma swój głęboki sens. Pomiędzy poszczególnymi, sześciopiętrowymi segmentami udało się stworzyć mnóstwo przestrzeni publicznych. Gdyby bloki wybudowano w tradycyjny sposób nie byłoby to możliwe; z niskich, rozlokowanych w różnych kierunkach i na różnych wysokościach budynków łatwiej jest dostać się na liczne tarasy i podesty, zamienione przez architektów w osiedlowe tereny rekreacyjne i wypoczynkowe. Są tu zielone skwery, obiekty sportowe, baseny. Są alejki spacerowe, miejsca do siedzenia, odpowiednie oświetlenie. Dzięki temu, że budynki wydają się kameralne, niewielkie, mieszkańcy mają poczucie prywatności, a zarazem każdy z okien ma widok na zielony teren wspólny.

Osiedle The Interlace w Singapurze, proj. OMA / Ole Scheeren, fot. Ivan Baan; źródło: www.buro-os.com

Osiedle The Interlace w Singapurze, proj. OMA / Ole Scheeren, fot. Ivan Baan; źródło: www.buro-os.com

Osiedle wygląda niesamowicie – jest często fotografowane, przyciąga uwagę. Wydaje się przytłaczające, jednak to pozory – relacje między sąsiadami zawiązały się tu o wiele łatwiej i szybciej niż w jakimkolwiek mieszkalnym wysokościowcu.

 

Wspólnota biznesowa

Firma deweloperska Green Development w 2010 roku szeroko reklamowała swoją inwestycję mieszkaniową o nazwie Lofty de Girarda. Zabytkową przędzalnię, część kompleksu fabryki włókienniczej, założonej w 1913 roku w Żyrardowie inwestor zamienił w luksusowe lofty. Cena metra w rozległym apartamencie sięgała nawet ośmiu tysięcy zł. „Projekt przebudowy Nowej Przędzalni na Lofty de Girarda, wykonany przez architektów Krzysztofa Janikowskiego i Macieja Kneblewskiego przewiduje odrestaurowanie istniejących elementów budynku oraz nadbudowę dwóch kondygnacji mieszkalnych cofniętych od zabytkowej elewacji o 3 metry. Adaptując budynek do nowej funkcji zachowujemy wszystkie wartościowe detale architektury przemysłowej z początku XX wieku. Budowa loftów w zabytkowej przędzalni lnu jest jednym z najciekawszych i najbardziej spektakularnych inwestycji mieszkaniowych w Polsce” – pisano wówczas w prasie.

Panorama Żyrardowa, źródło:  http://loftydegirarda.info/

Panorama Żyrardowa, źródło: http://loftydegirarda.info/

Dzięki dobremu połączeniu z nieodległą Warszawą  oraz atrakcyjną formą mieszkań lokale cieszyły się sporą popularnością – jak często to się wtedy w Polsce zdarzało, klienci kupili mieszkania na długo zanim ich budowa dobiegła końca. Niestety w 2012 roku budująca lofty firma ogłosiła upadłość. Wielu klientów, którzy wcześniej wpłacili nawet 100% należnej za mieszkanie kwoty zostali z niczym.
Bankructwo dewelopera i kłopoty jego klientów – to niestety historia często się w Polsce powtarzająca. By pomóc tym, którzy z kredytem na 30 zostawali bez mieszkań zmieniono nawet w 2012 roku przepisy – tzw. ustawa deweloperska dawała klientom upadłej firmy prawo do walki o kupiony lokal.
To właśnie ta ustawa pomogła posiadaczom loftów w Żyrardowie na bezprecedensowy ruch: postanowili oni sami dokończyć budowę. Niezwykła wspólnota, która zawiązała się we wciąż niezamieszkanym budynku mieszkalnym narodziła się szybko po tym, jak deweloper zaczął mieć kłopoty. W interencie powstały grupy tych, którzy na upadłości firmy mogli bardzo wiele stracić. Wspólnie zdecydowali się nie tyle odzyskać pieniądze, co… przejąć na własność budynek. Z pomocą prawników, bazując na „ustawie deweloperskiej” rozpoczęli starania o przejęcie budowy i dokończenie jej własnymi siłami.

Lofty de Girarda, fot. MK, źródło: http://loftydegirarda.info/

Lofty de Girarda, fot. MK, źródło: http://loftydegirarda.info/

„- Cieszymy się, że po dwóch latach walki osiągnęliśmy wreszcie to, w co wątpili nawet najwięksi optymiści – mówi Aneta Janas, jedna z ponad 60 klientów upadłej w 2012 r. firmy Green Development. Ludziom groziła utrata mieszkań, na które zaciągnęli 30-letnie kredyty. Sąd upadłościowy dał im właśnie szansę na dokończenie budowy” – można było kilka dni temu przeczytać na łamach „Gazety Wyborczej”.
W tej historii cieszy nie tylko szansa na pozytywne zakończenie, ale i fakt, że w grupa nieznających się, przypadkowych osób (w obliczu zagrożenia) potrafiła utworzyć wspólnotę, wspólnie podjąć działania, zjednoczyć się. Gdyby nie problemy dewelopera ludzi ci zapewne zwrócili by na siebie uwagi, nawet mieszkając w jednym domu…

Przyjazny brutal

Trzy 123-metrowe wieże osiedla Barbican w Londynie zna pewnie każdy. Potężne założenie góruje nad monumentalnymi i nowoczesnymi, ale jednak skalą skromniejszymi zabudowaniami dzielnicy City. Pozornie Barbican – to brutalistyczne założenie mieszkaniowe, ogromne i raczej posępne. Dzięki podwyższeniu ponad poziom ulicy dla przypadkowego przechodnia wydaje się mniej dostępne, ma zwartą bryłę, stanowi spójną całość niczym miasto w mieście.

Barbican, Londyn, fot. Suttonpubcrawl , (CC BY 3.0)

Barbican, Londyn, fot. Suttonpubcrawl , (CC BY 3.0)

Osiedle nie jest jednak twierdzą- wprost przeciwnie powstało jako najdoskonalsze wcielenie idei miejskiej przestrzeni, w której przeplatają się ze sobą różne funkcje, a ludzie czują się swobodnie. Barbican zaprojektowała w latach 60. ubiegłego wieku pracownia Chamberlin, Powell and Bon. Działka, na której w kolejnych latach wyrosło osiedle – to jedna z najstarszych części Londynu; istniało tu coś co w naszych, współczesnych kategoriach nazwali byśmy Starówką. W czasie II wojny  światowej teren został zbombardowany; przez kolejne dwie dekady trwały przygotowania do odbudowy tego obszaru.

Jak mówi dr Cathy Ross z Museum of London projekt Barbicanu miał mieścić w sobie kilka znaczeń. Jednym – już wspomnianym – było wprowadzenie w tę okolice wielkomiejskiego klimatu, stworzenie kompleksu, zaprojektowanego tak, aby ożywiać, aktywizować, zachęcać ludzi do wychodzenia, przebywania na ulicach, do różnych działań. Osiedle miało być zaprzeczeniem „sypialni”, kompleksu mieszkaniowego, który na noc „wsysa” ludzi, a rano ich wypuszcza do pracy czy szkoły. Po drugie Barbican miał być symbolem: miał powstać w miejscu zbombardowanym przez Niemców jako znak odrodzenia, jako pokaz siły i zdolności do powstania z popiołów. To zapewne dlatego osiedlu nadano formy w modnej wówczas stylistyce brutalizmu.

Barbican, Londyn, fot. Riodamascus, (CC BY-SA 3.0)

Barbican, Londyn, fot. Riodamascus, (CC BY-SA 3.0)

Trzy 42-piętrowe wieże oraz kilka mniejszych budynków mieszkalnych o formie galeriowców rozstawiono na wzór warownej twierdzy – otwartej jednak licznymi wejściami na miasto. Ciemne, kamienne elewacje, podniesienie ponad poziom ulicy (niżej umieszczono garaże), odważne posługiwanie się surowym betonem – wszystko to wpisało kompleks w nurt dziś wzbudzającego kontrowersje brutalizmu.


Ale budynki mieszkaniowe – to nie wszystko. Pomiędzy nimi zaplanowano kilkanaście publicznych przestrzeni, w tym ogólnodostępne dziedzińce z małą architekturą, sadzawkami, fontannami, niską zielenią. Kawiarnie, sklepy, punkty usługowe uzupełniły ofertę osiedla. Przede wszystkim jednak na terenie osiedla powstało Barbican Centre, ogromny ośrodek kulturalny z kinami, teatrem, salą koncertową, galeriami czy ogromną biblioteką. Do dziś Barbican Centre jest jedną z najprężniej działających instytucji kultury w Londynie, bardzo często poszerzającą swoją działalność o imprezy plenerowe, organizowane na terenie osiedlowych dziedzińców. Na marginesie można dodać, że jest też miejscem „pielgrzymek” wielbicieli wzornictwa z lat 60. i 70. Ma bowiem doskonale zachowane wnętrza, będące majstersztykiem projektowania w tamtego okresu.

Barbican, Londyn, fot. Barbican, Londyn, fot. Riodamascus, (CC BY-SA 3.0), zdjęcie w domenie publicznej

Barbican, Londyn, fot. Barbican, Londyn, fot. Riodamascus, (CC BY-SA 3.0), zdjęcie w domenie publicznej

Dziś, blisko 40 lat po wybudowaniu, Barbican jest jednym z bardziej rozpoznawalnych obiektów w Londynie. Wpisany do rejestru zabytków, jest zarazem żywą, wielkomiejską przestrzenią, która przyciąga nie tylko bogatą ofertą, ale i samą architekturą. A mieszkania w osiedlu, choć niewielkie i bez wygód, są jednymi z najdroższych na rynku.

Miasto artysty

Kilkanaście dni temu media obiegła wiadomość o tym, że Damien Hirst, jeden z najgłośniejszych, najbardziej kontrowersyjnych i najdroższych artystów świata postanowił… zbudować miasto. Otrzymał właśnie od władz pozwolenie na budowę osady w hrabstwie Devon w południowo-zachodniej Anglii.

Damien Hirst, fot. Luke Stephenson, (CC BY-SA 3.0)

Damien Hirst, fot. Luke Stephenson, (CC BY-SA 3.0)

„Jeśli chcesz mieszkać w mieście, zaprojektowanym przez faceta, który utopił rekina w formaldehydzie i wyrzeźbił przekrojoną na pół ciężarną kobietę, oto oferta dla ciebie” – podśmiewał się z tego przedsięwzięcia jeden z portali internetowych. Tymczasem idea Damiena Hirsta nabiera rumieńców i zbliża się do realizacji.
W zaprojektowanym przez artystę mieście ma znaleźć się 750 domów, szkoła, ośrodek zdrowia, sklepy, obiekty sportowe. Domy mają być ekologiczne i energooszczędne, otoczone zielenią, rozlokowane wśród niewielkich uliczek.

The Physical Impossibility of Death in the Mind of Someone Living, fot. Agent001, (CC BY-SA 3.0)

The Physical Impossibility of Death in the Mind of Someone Living, fot. Agent001, (CC BY-SA 3.0)

Osada ma powstać obok miejscowości Ilfracombe na morskim wybrzeżu hrabstwa Devon. W tym mieście Hirst od 10 lat ma dom, od tamtego czasu też kupował tu kolejne działki. Jak można się dowiedzieć z lokalnych mediów, mieszkańcy Ilfracombe nie przepadają za artystą od kiedy ten na cokole w środku miasta ustawił wysoką na 20 metrów, wykonaną z brązu i stali naturalistyczną, ale przepołowioną wzdłuż rzeźbę ciężarnej, wyciągającej ku niebu miecz  kobiety.
Dyskutowana na radzie miasta propozycja Hirsta – podobnie jak większość jego wartych dziesiątki milionów funtów dzieł sztuki – wzbudziła spore kontrowersje. Niektórzy radni uważają, że dla liczącego dziś 11 tysięcy mieszkańców kurortu budowa kolejnych 750 domów  będzie katastrofą, inni cieszą się z rozbudowy, która da miejsca pracy i ożywi lokalny biznes. Osada, która już dziś nieco złośliwie nazywana jest Hirst-on-Sea, jak podkreśla sam artysta, ma być wyjątkowo przyjazna i kameralna. „To będą domy, w jakich każdy by chciał mieszkać”, mówi Hirst.
Wiele wskazuje na to, że wizję uda mu się zrealizować.  Nadmorska osada „Hirst-on-Sea” ma powstać w ciągu najbliższych 15 lat.

Kolor sukcesu

- Zależało nam na tym, aby przestrzenie były nośnikiem komunikatu o sukcesie biznesowym firmy. Obecnie każda z powierzchni jest wizytówką marki. Wkraczając w kolejne przestrzenie, dowiadujemy się coraz więcej o gospodarzu, poznajemy historię firmy – mówił niedawno portalowi PropertyDesign.pl Paweł Gardasiewicz, prezes Grupy Advertis, która zaprojektowała identyfikację biura oraz system informacji w siedzibie spożywczego potentata na polskim rynku, czyli firmy Jeronimo Martins.

Biurowiec firmy Jeronimo Martins, Warszawa, ul. Dolna, proj. KSArchitekci, źródło: http://ksa.com.pl

Biurowiec firmy Jeronimo Martins, Warszawa, ul. Dolna, proj. KSArchitekci, źródło: http://ksa.com.pl

Główna siedziba firmy powstała kilkanaście miesięcy temu na warszawskim Mokotowie, przy ulicy Dolnej. Wieżowiec, który wybudowała firma nie odznacza się ciekawą formą, nie jest z pewnością wartościową architekturą, jednak projekt jego wnętrz został „naszpikowany” ideami, związanymi z funkcjonowaniem firmy.

Biurowiec firmy Jeronimo Martins, Warszawa, ul. Dolna, proj. KSArchitekci, źródło: http://ksa.com.pl

Biurowiec firmy Jeronimo Martins, Warszawa, ul. Dolna, proj. KSArchitekci, źródło: http://ksa.com.pl

Flagowy „produkt” firmy Jeronimo Martins, czyli sieć sklepów Biedronka cieszy się ogromną popularnością wśród klientów, ale i nienajlepszą opinią w związku z nierespektowaniem praw pracowniczych. Wystrój wnętrz głównego biura firmy powstał z myślą o tym, aby podkreślić profesjonalizm i sukces przedsiębiorstwa. Ale nie tylko: wspólne przestrzenie dla pracowników, kantynę czy jadalnię z kącikiem kuchennym zaprojektowano nie mniej starannie, przykładając wagę do jakości i funkcjonalności miejsc integracji członków zespołu.

Biurowiec firmy Jeronimo Martins, Warszawa, ul. Dolna, proj. KSArchitekci, źródło: http://ksa.com.pl

Biurowiec firmy Jeronimo Martins, Warszawa, ul. Dolna, proj. KSArchitekci, źródło: http://ksa.com.pl

Projekt wnętrz biurowca opracowała pracownia KSArchitekci. Już na pierwszy rzut oka widać, że każdy detal został tu precyzyjnie ulokowany w przestrzeni, każde pomieszczenie ma określoną formę i funkcję, zaplanowane jest nawet wrażenie, jakie sprawia całość. W holu biurowca pojawia się ściana z wyeksponowanymi nagrodami, trofeami, wyróżnieniami, podziękowaniami, dyplomami, jakie zdobyła firma – to jedna z pierwszych rzeczy, jakie widzi pracownik i gość, wchodzący do  biura. Na każdym kroku można tu natknąć się na logotypy firmy – wykonane jednak bardzo starannie, na trwałych materiałach, stylowe (np. stal nierdzewna na szkle). „Po podejściu do recepcji wzrok gości pada na mapę Polski z naniesionymi lokalizacjami sieci sklepów Biedronka. Instalacja wykonana została za pomocą nadruku bezpośredniego na szkle, z naniesionymi naklejkami w postaci trójwymiarowych biedronek. Mapa wyposażona jest ponadto w elektroniczny licznik zasięgu sieci sklepów. Dzięki temu już po pierwszych minutach spędzonych w siedzibie firmy odwiedzający dowiadują się, że Jeronimo Martins jest właścicielem największej sieci sklepów w Polsce” – można przeczytać w opublikowanym na łamach portalu PropertyDesign.pl opisu. W części dla gości stanął podświetlany słup LED z grafiką, prezentującą „założenia społecznej odpowiedzialności firmy oraz filary jej działalności”. Założeń jest wiele, dlatego grafiki na świetlistym słupie się zmieniają.

Biurowiec firmy Jeronimo Martins, Warszawa, ul. Dolna, proj. KSArchitekci, źródło: http://ksa.com.pl

Biurowiec firmy Jeronimo Martins, Warszawa, ul. Dolna, proj. KSArchitekci, źródło: http://ksa.com.pl

Logotypy, ideowe założenia, hasła, pobudzające do pracy rozlokowano w bardzo starannie zaprojektowanej przestrzeni biurowej. Stylowe wnętrza urozmaica charakterystyczna, kontrastowa posadzka, wielokolorowe fotele, oryginalne lampy. Każde piętro otrzymało inny kolor, jednak na każdym pojawia się rozpoznawalny wzór graficzny, umieszczony na szklanych powierzchniach na wzór piaskowanych grawerów.

Biurowiec firmy Jeronimo Martins, Warszawa, ul. Dolna, proj. KSArchitekci, źródło: http://ksa.com.pl

Biurowiec firmy Jeronimo Martins, Warszawa, ul. Dolna, proj. KSArchitekci, źródło: http://ksa.com.pl

Tam, gdzie wymagane jest skupienie (biura, sale konferencyjne) żywe kolory pojawiają się rzadko, np. tylko na oparciach krzeseł. W przestrzeniach wspólnych i na korytarzach po intensywne barwy sięgnięto chętniej, uzupełniono je też diznajnerskimi detalami, ekstrawaganckim oświetleniem, w przemyślany sposób użytymi materiałami (szkło, drewno, kamień, rośliny). Mimo pojawiania się w biurowcu licznych detali z najwyższej półki świata wzornictwa przemysłowego przestrzenie w budynku pozostały funkcjonalne i stworzone w dbałością o komfort pracowników i gości. Bardzo stylowe i bardzo starannie zaprojektowane wnętrza biurowca być może tylko nie do końca korespondują z estetyką sklepów sieci Biedronka…

Konflikty w przestrzeni

„Przestrzeń publiczna” – walczymy o nią, chcemy jej jak najwięcej, domagamy się wydzielania stref, dostępnych dla każdego, dobrych pomysłów na jej wyposażenie i urządzenie. Ale… czy przestrzeń publiczna jest rzeczywiście dla wszystkich?

Nowozelandzki reżyser Johnny Agnew w 2012 roku nakręcił piętnastominutowy reportaż, pokazujący, że nie wszyscy są równie mile widziani w przestrzeni publicznej. Ze starannie zaprojektowanych, zadbanych i przyjaznych mieszkańcom placów, skwerów, alej, parków w Auckland City nie mogą bowiem korzystać jeżdżący na deskorolkach.
Film Agnewa dobrze pokazuje racje stron tego miejskiego „konfliktu”, uświadamiając przy okazji, że nawet w najbardziej demokratycznej przestrzeni publicznej nie wszyscy są równie mile widziani…

Skateboarding VS Architecture: A Study of Public Space and Materiality in Auckland City from Jagnew on Vimeo.

Miasto dla każdego – zaprojektuj sam

Odbywająca się od 4 do 13 lipca 2014 roku jedna z największych krajowych imprez, związanych z projektowaniem, czyli Gdynia Design Days (GDD), w tym roku związana była z przedmiotami ułatwiającymi lub umilającymi życie w mieście.

Eksponaty z wystawy "PLAŻA 60+", w ramach Gdynia Design Days 2014, projektanci: Jacek Ryń/Razy2, Jakub Gołębiewski, Kamil Fiedorow, Agata Kulik-Pomorska i Paweł Pomorski/MALAFOR; foto: szajewski.com, źródło: www.malafor.co

Eksponaty z wystawy “PLAŻA 60+”, w ramach Gdynia Design Days 2014, projektanci: Jacek Ryń/Razy2, Jakub Gołębiewski, Kamil Fiedorow, Agata Kulik-Pomorska i Paweł Pomorski/MALAFOR; foto: szajewski.com, źródło: www.malafor.co

Urbanizacja jest faktem – wkrótce większość z nas mieszkać będzie w coraz większych metropoliach, projektanci nie mogą nie zauważać tego faktu. Te zmiany w sposobie funkcjonowania ludzi są wyzwaniem i inspiracją dla wielu dizajnerów, a co więcej – jak zauważają to organizatorzy GDD: „Po wielu latach mieszkańcy znów stają się współodpowiedzialni za kształt miast. Ulice, place, skwery przestają być niczyje. Przedsięwzięcia takie jak budżet obywatelski, czy akcje partycypacyjne aktywizujące społeczności osiedli i podwórek mają uświadamiać, że nawet małymi interwencjami można zmienić przestrzeń dookoła”. W końcu to sami mieszkańcy miast wiedzą najlepiej, jakich produktów czy przedmiotów im brak w najbliższym otoczeniu, jakie obiekty nie tyko ułatwią, ale i uprzyjemnią życie w dużym skupisku ludzkim.

Eksponaty z wystawy "PLAŻA 60+", w ramach Gdynia Design Days 2014, projektanci: Jacek Ryń/Razy2, Jakub Gołębiewski, Kamil Fiedorow, Agata Kulik-Pomorska i Paweł Pomorski/MALAFOR; foto: szajewski.com, źródło: www.malafor.co

Eksponaty z wystawy “PLAŻA 60+”, w ramach Gdynia Design Days 2014, projektanci: Jacek Ryń/Razy2, Jakub Gołębiewski, Kamil Fiedorow, Agata Kulik-Pomorska i Paweł Pomorski/MALAFOR; foto: szajewski.com, źródło: www.malafor.co

Wiele wydarzeń, odbywających się w ramach Gdynia Design Days miało na celu pokazanie właśnie projektów, będących wynikiem współpracy mieszkańców Gdyni z profesjonalnymi projektantami. Pracownia Projektowania Produktu Autorskiego, Pracownia Projektowania Produktu, Pracownia Projektowania Mebla Seryjnego Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku oraz PPNT Gdynia – Centrum Designu Gdynia przygotowały wystawę pt. „Miasto Reakcja”, którą opisali tak: „Rozmowy i obserwacje stały się podstawą do stworzenia projektów, które mogłyby się wpisać w gdyńską tkankę miasta. Przedstawione na wystawie projekty nie będą tylko przedmiotami wypełniającymi przestrzeń. Niektóre z nich zostały zaprojektowane w duchu „zrób to sam” gdzie sam obiekt jest tak naprawdę środkiem do odbudowania sąsiedzkich relacji. Użytkownicy miasta wymagają specyficznych rozwiązań, które studenci starają się zawrzeć w swoich projektach”. Na wystawie można było zobaczyć specjalne ławki dla rowerzystów czy udogodnienia dla czekających na autobus seniorów.
Potrzeby tych ostatnich były tematem osobnej wystawy, której kuratorami byli Paweł Pomorski i Agata Kulik Pomorska ze studia MALAFOR. „Plaża 60+” – bo taki tytuł nosiła ekspozycja – była pokazem rozwiązań i przedmiotów, mających ułatwić i uprzyjemnić seniorom rekreację na plaży. Grupa projektanów (Jacek Ryń z pracowni Razy2, Jakub Gołębiewski, Kamil Fiedorow, Agata Kulik-Pomorska i Paweł Pomorski z Malafora) pokazali projekty, powstałe z myślą o seniorach. Były to m.in. specjalne, wypełnione piaskiem siedziska, kije do nordic-walkingu, które można wypożyczać i oddawać w różnych miejscach plaży, łatwy w transporcie leżak z parasolką, a nawet… suszarka do stóp, specjalne urządzenie, pozwalające oczyścić stopy z pisaku, gdy opuszcza się plażę.

Eksponaty z wystawy "PLAŻA 60+", w ramach Gdynia Design Days 2014, projektanci: Jacek Ryń/Razy2, Jakub Gołębiewski, Kamil Fiedorow, Agata Kulik-Pomorska i Paweł Pomorski/MALAFOR; foto: szajewski.com, źródło: www.malafor.co

Eksponaty z wystawy “PLAŻA 60+”, w ramach Gdynia Design Days 2014, projektanci: Jacek Ryń/Razy2, Jakub Gołębiewski, Kamil Fiedorow, Agata Kulik-Pomorska i Paweł Pomorski/MALAFOR; foto: szajewski.com, źródło: www.malafor.co

Projekty, prezentowane na wystawie – to nie tylko przedmioty, w nowatorki sposób reagujące na potrzeby ludzi. to także rzeczy, dzięki którym seniorzy nie będą skazani na siedzenie w domu – ułatwienia na plaży czy w mieście na pewno zachęcą ich do rekreacji, spotkań, aktywności. Projekty mają wiec wartość nie tylko materialną, ale i społeczną.

Kup sobie Księżyc

Choć od lat mówi się o tym, że nasza planeta jest przeludniona, ze jej zasoby kończą się i niedługo nie będą w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich jej mieszkańców, na razie nie ma realnej szansy na podbicie nowych terenów, na podbój obszarów, które można by zaludnić, które mogły by się stać nowymi miejscami do życia dla ziemian. Choć szans na to na razie nie ma – nie oznacza to, że idee poszerzenia posiadanych przez ludzi terenów nie istnieją. Najbardziej oczywistym kierunkiem potencjalnej ekspansji jest przestrzeń kosmiczna. Księżyc i inne planety – to gigantyczne tereny, które cywilizacja na pewno chętnie by zajęła.

Księżyc w pełni, fot. Gregory H. Revera, CC BY-SA 3.0

Księżyc w pełni, fot. Gregory H. Revera, CC BY-SA 3.0

Mało kto się na co dzień zastawia nad tym, do kogo należy kosmos, czy któreś z państw, czy któraś z firm ma prawo własności do Księżyca, planet, gwiazd? Jak można przeczytać na portalu EdukacjaPrawnicza.pl: „Obecnie obowiązuje kilka traktatów regulujących status prawny wszechświata, w tym określających zasady działalności państw, ich prawa i obowiązki. Wiele z nich zostało opracowanych pod auspicjami powołanego w 1959 r. przez Zgromadzenie Ogólne (ZO) ONZ Komitetu ds. Pokojowego Wykorzystania Przestrzeni Kosmicznej. Samo powołanie komitetu wskazuje już na kształtującą się normę „pokojowego wykorzystania” kosmosu”. W 1967 roku większość państw podpisała „Traktat o Przestrzeni Kosmicznej”, będący do dziś najważniejszym dokumentem, regulującym status prawny obiektów kosmicznych. Cytuję za www.edukacjaprawnicza.pl: „Układ zakazywał zawłaszczania w jakiejkolwiek formie przestrzeni kosmicznej, łącznie z Księżycem i innymi ciałami niebieskimi. Oznacza to, że żadne państwo nie może poddawać kosmosu swojej suwerenności i jurysdykcji. Traktat z 1967 r. wprowadzał także zakaz umieszczania broni jądrowej i innych broni masowej zagłady w przestrzeni kosmicznej oraz pokojowe wykorzystanie Księżyca i innych ciał niebieskich”.

Powierzchnia Księżyca, zdjęcie w domenie publicznej

Powierzchnia Księżyca, zdjęcie w domenie publicznej

Jak na razie zapisy Traktatu są respektowane – ale nie dzieje się tak zapewne przede wszystkim dlatego, że technika wciąż nie pozwala na podbój kosmosu, a koszty prób podboju innych planet są – nomen omen – astronomiczne. Można się spodziewać, że gdy tylko technologia lotów w kosmos i kolonizacji planet znacząco się rozwinie – wiele państw zapisy Traktatu przestanie respektować. Gdy pierwsze statki wylądują na Księżycu, Marsie czy Wenus opłat za użytkowanie ich terenu może jednak zażądać spory tłum obywateli Ziemi, którzy na przestrzeni ostatnich 30 lat kupili kosmiczne grunty od Amerykanina, Dennisa Hope. W 1980 roku uznał on siebie na własciciea kilku obiektów w przestrzeni kosmicznej, po czym zaczął te tereny parcelować i sprzedawać. Tak mówił o tym w wywiadzie, którego udzielił magazynowi Vice: „Wszystko zaczęło się w 1980 roku; akurat rozwodziłem się z żoną i byłem bez pieniędzy. Pomyślałem sobie, że byłoby inaczej gdybym miał jakąś ziemię. Wyjrzałem przez okno, spojrzałem na Księżyc i pomyślałem sobie: „o kurde, ale dużo ziemi!”. Poszedłem więc do biblioteki i zajrzałem do Traktatu o Przestrzeni Kosmicznej z 1968 roku; tak jak się spodziewałem, Artykuł 2. stwierdzał, że „żaden naród nie może sobie z góry przywłaszczyć żadnego ciała niebieskiego ani sprawować nad nim kontroli”. Innymi słowy, była to ziemia niczyja”. Hope wysłał pismo do ONZ, w którym poinformował, że zamierza jako osoba prywatna przejąć kosmicze tereny: „Sporządziłem pismo informujące, że biorę w posiadanie Księżyc oraz pozostałe osiem planet wraz z ich księżycami, i wysłałem je do Organizacji Narodów Zjednoczonych, zaznaczając przy tym, że zamierzam podzielić je na działki i handlować nimi. Napisałem im też, że jeśli mają jakieś obiekcje natury prawnej to niech je przedstawią”. Jako że nikt mu nie odpisał, uznał, że prawo własności przeszło na niego. Od tamtej pory Hope na sprzedaży kosmicznych gruntów zarobił podobno 6 milionów dolarów, a działki kupiły tysiące osób z całego świata. Jaką moc prawną będą miały te akty własności, gdy loty w kosmos oraz zamieszkanie ta przez ludzi stanie realne?

Wspólnota zwierząt

W 2019 roku w parku Givskud w Danii ma powstać ogród zoologiczny, w którym całkowicie zniesione zostaną podziały, kraty, ogrodzenia, wszystkie bariery, dzielące ludzi i zwierzęta. Park budowany ma być przede wszystkim z myślą o komforcie zwierząt – projekt zakłada, że ludzie pozostaną dla nich niewidzialni, a zwierzętom zapewni się warunki w maksymalnym stopniu przypominające te naturalne.

Zootopia, proj. BIG - Bjarke Ingels Group, źródło: www.big.dk

Zootopia, proj. BIG – Bjarke Ingels Group, źródło: www.big.dk

Projekt architektoniczny Zootopii – bo taką nazwę nosi projekt – powstał z znanej z eksperymentów duńskiej pracowni BIG, dowodzonej przez architekta – wizjonera, Bjarke Ingelsa. To on postanowił zaprojektować zoo, w którym na pierwszym miejscu stać będzie wygoda zwierząt i w którym nie będą one odczuwały obecności ludzi.

Zootopia, proj. BIG - Bjarke Ingels Group, źródło: www.big.dk

Zootopia, proj. BIG – Bjarke Ingels Group, źródło: www.big.dk

Komfort mieszkańców ogrodu zoologicznego był brany pod uwagę od pierwszych chwil projektowania, bowiem cały teren, przeznaczony pod zabudowę ma być ukształtowany z myślą o jego użytkownikach. Uformowany na kształt spirali plac stanowić będzie strefę wejściową do parku; stąd wodą (łodzią), lądem (na rowerze) lub powietrzem (kolejką linową lub helikopterem) zwiedzający zamknięci z lustrzanych kapsułach będą wyruszać na zwiedzanie po specjalnie wyznaczonych trasach.

Zootopia, proj. BIG - Bjarke Ingels Group, źródło: www.big.dk

Zootopia, proj. BIG – Bjarke Ingels Group, źródło: www.big.dk

Dookoła placu wejściowego rozciągać się będą trzy strefy, oddane w użytkowanie zwierzętom. Każda ze stref zapewniać będzie warunki, charakterystyczne dla innego kontynentu (Azja, Afryka, Ameryka), ma być obszarem imitującym naturalny krajobraz każdego z tych regionów świata.

Zootopia, proj. BIG - Bjarke Ingels Group, źródło: www.big.dk

Zootopia, proj. BIG – Bjarke Ingels Group, źródło: www.big.dk

Zootopia ma być wstawionym z zurbanizowaną okolicę naturalnym siedliskiem zwierząt. To one mają tu dominować, tworzyć stada i wspólnoty – człowiek (poza podstawową opieką, karmieniem, leczeniem) ma pozostać dla tych zwierząt niewidzialny, będzie mógł je tylko podglądać przez lustrzaną szybę.

Parkowa samowola

Pochodzący z Nowego Sącza Jacek Powałka, podobnie jak pewnie setki tysięcy Polaków w poszukiwaniu pracy przeniósł się do Warszawy. Zamieszkał w nowym osiedlu – na Kabatach. Projektowana bardziej przez deweloperów niż architektów okolica pozbawiona była wielu przyjaznych elementów infrastruktury, np. dobrze zaplanowanej zieleni. Tuż pod blokiem Jacka Powałki znajdował się zaniedbany, niezagospodarowany teren, który mieszkańcom służył jako skrót z metra do domu. Błotniste „klepisko” nie tylko szpeciło okolicę, ale i utrudniało życie – po deszczu trudno było się przez nie przeprawić.

W 2007 roku nowy mieszkaniec Kabat zasadził na tym placyku pierwsze drzewo. Wiadomo było, że działka nie zostanie zabudowana, bo tuż pod ziemią zlokalizowane tu były różnego rodzaju instalacje, jednak urząd dzielnicy nie pozwalał na uporządkowanie tego terenu, twierdząc, że kiedyś powstanie tu stacja benzynowa.

Gdy Jacek Powałka zaczął sadzić na klepisku pierwsze rośliny, rozpoczął również aktywizowanie okolicznych mieszkańców. Wieszał plakaty, rozsyłał zaproszenia do współpracy, opowiadał o swoim pomyśle na to, aby zamiast ugoru powstał osiedlowy skwer. Mimo że urzędnicy wciąż jego działania uważali za samowolę, do akcji włączało się coraz więcej osób. Sadzono kolejne drzewa i krzewy, ich „fundatorzy” zakładali na nich tabliczki z dedykacjami. Wokół skweru wytworzyła się wspólnota, sąsiedzi poznali się i zaczęli współdziałać.

„Nasz Park” – bo tak nazwano przedsięwzięcie – doczekał się własnego hasła w internetowej encyklopedii o Warszawie, był też szeroko opisywany w prasie (nie tylko stołecznej). Tak przedsięwzięcie anonsuje jego pomysłodawca na stronie internetowej: „Nasz Park to inicjatywa, którą rozpocząłem przed ponad 5 laty. W miejscu dzikiej łąki przy samym wyjściu ze stacji metra Kabaty w Warszawie z pomocą przeszło 100 sąsiadów budujemy park. Może i nie jest on wielki jak prawdziwe parki ale wierzę, że budzi on w nas nadzieję na odtworzenie społeczeństwa obywatelskiego. Społeczeństwa, które bierze sprawy w swoje ręce i zmienia otaczającą nas rzeczywistość”.

Niewątpliwy sukces, jaki odniósł oddolny pomysł założenia skweru na osiedlowym nieużytku spowodował rozwój tej idei: dziś Jacek Powałka oraz współpracujący z nim sąsiedzi, firmy, organizacje zachęcają do podobnych działań mieszkańców innych miast. Na stronie internetowej http://naszpark.pl pojawił się poradnik miejskiego ogrodnika wskazówki, jak i gdzie zacząć samodzielne sadzenie zieleni. Organizatorzy akcji rozsyłają też do innych miast sadzonki drzew, wspomagają więc kolejnych działaczy nie tylko wiedzą i doświadczeniem.

„Życzę Warszawie ludzi, którzy uważają, że to miasto jest ich. Mówi się, że w Warszawie nie zostawia się kluczy u sąsiada. Tutaj, na Kabatach się zostawia. Trzeba tworzyć swoje małe społeczności, trzeba poznawać ludzi i pracować wokół siebie. Suma takich małych ojczyzn jest najlepsza, bo przecież nie można też wymagać od urzędników, że zajmą się każdym kawałkiem klombu między blokami. Oni za nas tego nie zrobią, trzeba samemu pomyśleć o tym, aby tak jak moja sąsiadka, pani Tereska, zrobić sobie mały kwietnik. Ale oni, urzędnicy, powinni dawać nam takie możliwości i wspierać inicjatywy, które rodzą się oddolnie, wśród sąsiadów” – mówił w wywiadzie dla http://wiadomosci.ngo.pl Jacek Powałka.

 

 

Ulica dla ludzi

Niedługo przez Igrzyskami Olimpijskimi w 2012 roku władze wschodniolondyńskiej dzielnicy Waltham Forest zdecydowały się wydać 9 milionów funtów na rewitalizację dziewięciu ulic, położonych na terenie dzielnicy. Projekt o nazwie „Better High Street” nie dotyczył w żadnym razie poprawy warunków jazdy, przemieszczania się po tychże ulicach. Jak podkreślają przedstawiciele samorządu: rewitalizacja miała przywrócić tym przestrzeniom ich pierwotną funkcję. A tą była funkcja społeczna.

Program „Better High Street”, wyremontowana ulica High Road Leyton, proj. Jan Kattein Architects, źródło: www.jankattein.com

Program „Better High Street”, wyremontowana ulica High Road Leyton, proj. Jan Kattein Architects, źródło: www.jankattein.com

Swoją High Street ma każdy niewielki osiedlowy obszar w Londynie. To jego główna ulica, na której koncentruje się lokalne życie – są tu nie tylko sklepy czy poczta, ale i lokalne puby, skwery, miejsca spotkań. Tędy przechodzi codziennie większość mieszkańców, wracając do domu od metra czy autobusu.
Władze Waltham Forest uznały, że przez lata położone w okolicy ulice zatraciły swoje społeczne funkcje. Podupadły, zbrzydły, przestały być atrakcyjne dla mieszkańców. To dlatego zdecydowano się na ich gruntowny remont. Projekt architektoniczny rewitalizacji dziewięciu ulic przygotowała wyłoniona w konkursie pracownia Jana Katteina ; jego wizję wsparł zespół inżynierów, pracujących nad polepszeniem infrastruktury.

Program „Better High Street”, wyremontowana ulica High Road Leyton, proj. Jan Kattein Architects, źródło: www.jankattein.com

Program „Better High Street”, wyremontowana ulica High Road Leyton, proj. Jan Kattein Architects, źródło: www.jankattein.com

Największą z poddanych w 2012 roku remontowi ulic była Leyton High Street, biegnąca przez dzielnicę Leyton. Kiedyś okolica nie cieszyła się dobrą sławą, podobnie jak większość wschodnich dzielnic Londynu. Wiele zmieniło się w 2012 roku, kiedy to rewolucyjne zmiany zaszły w sąsiedniej dzielnicy, Stratford, w której powstała większość obiektów olimpijskich. Impreza sportowa, którą gościła brytyjska stolica w 2012 roku stała się niejako bodźcem do zmian także na terenach, które już bezpośrednio z Olimpiadą nie miały związku i zostały zrealizowane tylko z myślą o lokalnej społeczności.

Program „Better High Street”, wyremontowana ulica Bakers Arms, proj. Jan Kattein Architects, źródło: www.jankattein.com

Program „Better High Street”, wyremontowana ulica Bakers Arms, proj. Jan Kattein Architects, źródło: www.jankattein.com

Zanim samorząd przystąpił do remontu dziewięciu ulic poddano je głębokiej analizie. Każdą trapiły inne problemy – przed rozpoczęciem prac należało je zdiagnozować i uwzględnić w projekcie. Na jednej brakowało miejsca dla pieszych i rowerzystów – trzeba było poszerzyć chodniki; na innej problemem były utrudnienia dla niepełnosprawnych; gdzieniegdzie trzeba było poprawić uliczne oświetlenie lub wyremontować fronty sklepów, posadzić nowe drzewa, na nowo ustawić przystanki autobusowe itd. Każdą z ulic potraktowano indywidualnie ale cel modernizacji przyświecał jeden: po remoncie ulice miały odzyskać swoją funkcję lokalnych centrów życia społecznego. Dlatego też przy okazji wyremontowano stojące wzdłuż ulic domy – wśród zadbanej architektury chętniej spędza się czas. Opuszczone, niezagospodarowane punkty usługowe w kilku przypadkach oddano w użytkowanie organizacjom, które w zamian mają zając się animowaniem życia wspólnoty – organizować ogólnodostępne spotkania, imprezy, pokazy. W obszar ulic wprowadzono małą architekturę, pojawiły się murale i inne tego typu ozdoby, jednak kluczową kwestią była poprawa dostępności i atrakcyjności tej przestrzeni dla mieszkańców.

Program „Better High Street”, wyremontowana ulica Bakers Arms, proj. Jan Kattein Architects, źródło: www.jankattein.com

Program „Better High Street”, wyremontowana ulica Bakers Arms, proj. Jan Kattein Architects, źródło: www.jankattein.com

Pierwsze zrealizowane remonty pokazują, że przedsięwzięcie się udało: ulice przestały być tylko obszarami „transferu” ze środka transportu w głąb osiedla, ale znów stanową centrum lokalnego życia.

Światłoplastyka dobra wspólnego

W ramach tegorocznej edycji projektu Synchronizacja Fundacja Bęc Zmiana wraz z architektami, badaczami, artystami oraz aktywistami miejskimi eksploruje temat przestrzeni wspólnych. Z jednej strony pytamy o to, jakie wspólnoty zdolne jest wyłonić współczesne miasto, z drugiej interesuje nas napięcie generowane przez konflikt pomiędzy prywatnym i publicznym, pomiędzy prawem do własności a dobrem wspólnym.

W Warszawie, która wciąż zmaga się z roszczeniami właścicieli gruntów będących w wyniku Dekretu Bieruta własnością miasta, konflikt ten doświadczany jest niezwykle intensywnie. Rodzi się więc pytanie o kolektywny potencjał, o formę wspólnotowości, jaką generują konkretne miejsca sporu – jednym z nich jest warszawska Królikarnia. Od 2008 roku spadkobiercy rodziny Krasińskich starają się o zwrot tego gruntu. Możliwość utraty przez mieszkańców dostępu do przestrzeni parkowej oraz znajdującej się na niej instytucji kultury, jednej z niewielu na terenie dzielnicy Mokotów, zmobilizowała okolicznych mieszkańców, publiczność muzeum oraz aktywistów miejskich do działania.

W obronę Królikarni zaangażowane jest oddolny ruch społeczny Stowarzyszenie Warszawa Społeczna, zbierane są podpisy pod petycją Uratujmy Królikarnię, mokotowskie parki, szkoły, poradnie i przedszkola.
Fundacja Bęc Zmiana badając to czym jest przestrzeń wspólna włącza się w spór o przyszłość Królikarni. Cztery neonowe instalacje rozmieszczone w różnych miejscach parku nawiązują do obecnej skomplikowanej sytuacji tego miejsca. Neon jest dla nas przede wszystkim symbolem miejskiej dynamiki, energii, koloru i życia, które stają się udziałem wszystkich mieszkańców.

Architekci Natalia Romik i Sebastian Kucharuk do swojej instalacji wykorzystali litery z dworcowego neonu Warszawa Gdańska. Z jego pierwotnej wersji zachowały się jedynie trzy pierwsze litery WAR – reszta, rozrzucona wokół instalacji jest mimowolnym komentarzem do toczącej się walki o przestrzeń. W Królikarni oglądać także można pochodzący z lat 70. neon Nowe Życie, który artystka Elżbieta Jabłońska znalazła w podbydgoskiej wsi na terenie spółdzielni rolniczej. W przestrzeni parku ten świetlny napis brzmi jak zapowiedź nie do końca znanej przyszłości, bo nie wiemy, jaką formę przyjmie to Nowe życie. Z kolei Szymon Kobylarz w pracy Lenistwo wykorzystał serię ośmiu obiektów świetlnych będących resztkami szyldów i napisów neonowych. Artysta pozostawił je w oryginalnym stanie, dzięki czemu całość przyjmuje abstrakcyjną, niemal płynną formę. Lenistwo w Królikarni staje się apelem o prawo do wypoczynku dla wszystkich mieszkańców. Wreszcie ,przebywająca jako depozyt w kolekcji Królikarni, praca Huberta Czerepoka Światło inherentne wizualizuje za pomocą neonowych rurek badania prof. Dr Tekina Dereliego nad pojęciem supersymetrii, która w fizyce jest propozycją nowego, innego niż dobrze znana symetria czasoprzestrzenna, opisu relacji fizycznych. Neon Czerepoka umieszczony nieopodal pałacu staje się metaforą niewidocznego, choć nieustannie ścierającego się układu miejskich sił, które działania artystyczne zdolne są ujawniać.

Sebastian Kucharuk & Natalia Romik "WARszawa"

Sebastian Kucharuk & Natalia Romik “WARszawa”

HUBERT CZEREPOK – artysta wizualny. Rysuje, maluje, tworzy obiekty, instalacje, realizuje wideo, animacje, wykonuje found footage’owe filmy. Opracowuje projekty multimedialne oraz działa w przestrzeni publicznej. W swoich pracach analizuje konstrukcje determinujące określone ludzkie zachowania. Ingerując w przestrzenie stworzone do sprawowania kontroli, ujawnia ich absurdalny charakter. Najatrakcyjniejszym obiektem analizy jest dla Czerepoka środowisko sztuki. Będąc w samym centrum tego specyficznego systemu nieustannie poddaje próbie jego wytrzymałość. http://www.zak-branicka.com/artists.php?artistsid=36

ELŻBIETA JABŁOŃSKA – zajmuje się malarstwem, rysunkiem, grafiką, fotografią, instalacją oraz działaniami typu performance. Urodziła się w 1970 roku. Mieszka i pracuje w Bydgoszczy. Twórczość Elżbiety Jabłońskiej, często określana przez krytykę jako postfeministyczna, stanowi dobrotliwie ironiczny komentarz do statusu i roli kobiet w tradycyjnym społeczeństwie. Artystka wykorzystuje i przekształca w swoich pracach kulturowe stereotypy i klisze towarzyszące pojęciu kobiety i kobiecości, prowadzi z nimi inteligentną grę, pełną humoru i ciepła.
http://www.elajablonska.com

SZYMON KOBYLARZ – rocznik 1984. Artysta sztuk wizualnych, malarz, twórca instalacji oraz obiektów. Ukonczył Pracownię Malarstwa na Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach. Na stałe związany z berlinską galleria Żak Branicka. Artystę coraz bardziej interesują zagadnienia z pogranicza nauki, techniki, wojskowości i spiskowej teorii dziejów; miejsca, gdzie nauka miesza się z szaleństwem. Brał udział w wystawach indywidualnych oraz zbiorowych w Polsce jak i zagranicą m.in. : Art for art’s sake (Żak Branicka, 2013); Slapstick (Kunstmuseum Wolfsburg, 2013); Warsaw. The day after (Vartai Gallery, Vilnus, 2013); Magazynier (Centre for Contemporary Art Kronika, Bytom, 2013). http://www.zak-branicka.com/artists.php?artistsid=30

NATALIA ROMIK – absolwentka nauk politycznych, architektka praktyk, artystka. Jej główne pole działań artystycznych i naukowych to styk sztuki i architektury, dziedzictwo pożydowskiej architektury, działania ulotne i efemeryczne, które zrealizowała m.in. podczas performance Star dust w ramach festiwalu The Knot w Warszawie i Berlinie, performance Predator w ramach warszawskiego festiwalu Zniknij nad Wisłą czy nomadycznej strukturze architektonicznej RUMB. Współautorka m.in. projektu Zoom Natury – pięciu laboratoriów w Janowie Lubelskim- projekt w budowie. Oprócz prowadzania warsztatów, stypendystka programów naukowych, m.in. Stypendium Ministra Kultury 2012 na projekt Żydowska architektura (nie)pamięci na Śląsku.

SEBASTIAN KUCHARUK – architekt, autor pierwszego w Warszawie pływającego domu „Housebout” (2009) oraz wielu projektów koncepcyjnych budynków i wnętrz m.in. restauracji i klubów w Miami Beach (USA), Manhattan, Nowy Jork (USA); Domu Przedpogrzebowego w Gliwicach – Muzeum Historii Żydów Śląskich; projektu i realizacji pawilonu artystycznego Dream Catcher w Kopenhadze dla Roskilde Festival; projekt wnętrz koncepcja i do realizacji Galeria 5 w Muzeum Historii Żydów Polskich.

LUBOMIR ADAM GRZELAK (Lutto Lento) – pasjonat muzyki i dj o pseudonimie Lutto Lento. Twórca wrocławskiego mikrowydawnictwa Sangoplasmo zajmującego się muzyką eksperymentalną wydawaną na nośniku kasetowym. Twórca projektu muzycznego DUNNO RECORDS. Miłośnik zjawisk paranormalnych, okultyzmu, starosłowiańskich obrzędów. http://luttolento.tumblr.com/
Organizator: Fundacja Bęc Zmiana / www.beczmiana.pl
Współpraca: Muzeum Rzeźby im. Xawerego Dunikowskiego w Królikarni /www.krolikarnia.mnw.art.pl

Projekt jest realizowany dzięki wsparciu finansowemu otrzymanemu od m. st. Warszawy oraz Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Patron medialny: Notes na 6 tygodni

Wspólna sztuka

Gdyby zapytać przypadkowego przechodnia o to, co rozumie pod pojęciem „sztuka w przestrzeni publicznej”, uznałby za nią zapewne w pierwszej kolejności pomniki oraz modne ostatnio wielkoformatowe murale. Większość osób miejsce sztuki „prawdziwej”, dającej do myślenia, wywołującej reakcje widzi w muzeum czy galerii, w przestrzeni, do której trafia się nieprzypadkowo, gdzie idzie się z gotowością i otwartością na tego typu przeżycia.  Tymczasem ulica, przestrzeń publiczna, wspólna wcale nie gorzej nadaje się do tego, by oddziaływać na ludzi.

Podczas odbywającego się w 2009 roku Kongresu Kultury jedno z forów poświęcone było projektom kulturalnym i artystycznym w przestrzeni publicznej. Mówiono o roli zieleni i małej architektury, o kapitale kulturowym miast, próbowano zdefiniować i opisać, czym właściwie jest i czym powinna być przestrzeń publiczna. Jednym z wątków debaty była też społeczna rola sztuki, pojawiającej się w ogólnodostępnych, otwartych strefach miast.

Socjolog Adam Ostolski mówił tam: „Korzystając z przestrzeni miasta, co chwila napotykamy różnych sprzymierzeńców i wrogów. Niektórzy z nich to właśnie obiekty artystyczne. Pomnik, rzeźba, forma architektoniczna czy instalacja nie są nigdy do końca bezstronne. Zawsze mają w czymś udział: w spektaklu władzy, w ruchach oporu, w powadze utopii. Mogą pełnić funkcje dyscyplinujące, mobilizujące, podburzające. Przypominać o społecznych podziałach lub zamazywać je. Dlatego nie można mówić o jednolitym „wpływie” „sztuki” na „społeczeństwo”. Pomniki przywódców politycznych czy religijnych uprzytomniają, kto tu rządzi i jakim normom winniśmy posłuszeństwo. Pomniki postaci historycznych niosą ze sobą określone interpretacje wspólnej przeszłości, a tym samym wskazują, czyja opowieść o przeszłości jest prawomocna, a czyja nie. Formy architektoniczne mogą ucieleśniać klasową dominację, potwierdzając prawo gustu tej lub innej klasy do naznaczania wspólnej przestrzeni. Obiekty artystyczne mogą też jednak mobilizować ludzi z różnych klas i grup społecznych do przekraczania wzajemnych barier i solidarnego budowania wspólnego świata. Bywają też obiekty, które przypominają mijającym je lub korzystającym z nich ludziom, że nie są samotni w swoich zmaganiach o udział we władzy i o godne życie”.

Zdjęcie antywojennej demonstracji w Londynie, która stała się punktem wyjścia do projektu „State Britain” Marka Wallingera, zrealizowanego przed galerią Tate Britain w 2007 roku; fot. Laura Hadden from Olympia, WA, (CC BY 2.0)

Zdjęcie antywojennej demonstracji w Londynie, która stała się punktem wyjścia do projektu „State Britain” Marka Wallingera, zrealizowanego przed galerią Tate Britain w 2007 roku; fot. Laura Hadden from Olympia, WA, (CC BY 2.0)

Obiekty sztuki czy działania artystyczne, realizowane w przestrzeniach ulicznych często służą nie tylko rozrywce czy przyciągnięciu uwagi przechodniów – mogą być też bardzo poważnymi przedsięwzięciami, dotyczącymi ważnych spraw społecznych i politycznych. Podczas wspomnianego Kongresu Kultury historyczka sztuki, Claire Bishop przytoczyła trzy przykłady takich działań. Jedno, przeprowadzone w Londynie dotyczyło potępienia brytyjskiej interwencji w Iraku, drugie odbywało się w zniszczonym przez huragan Katrina Nowym Orleanie (częścią projektu było zbieranie funduszy na pomoc ofiarom), trzecie miało związek z komunistycznym reżimem na Kubie. Wszystkie opisane przez badaczkę akcje odbywały się przy współudziale widzów – nie były martwymi obiektami, pozostawionym w przestrzeni, miały sens tylko poprzez wciągnięcie do działania przechodniów, mieszkańców miasta. Claire Bishop analizuje tzw. sztukę partycypacyjną, bada, na ile różne artystyczne działania w mieście mogą zaktywizować ludzi, uświadomić im pewne prawdy, pobudzić do działania. Według Bishop sztuka partycypacyjna może oddziaływać na różne sposoby – może np. wspomóc poczucie tożsamości, wzmocnić widza, może też wspomagać tworzenie się lub odradzanie wspólnot, może wzmacniać więzi społeczne.

El Susurro de Tatlin #6 (versión para La Habana) from Estudio Bruguera on Vimeo.

Projektem, który silnie oddziałał na poczucie wspólnoty, na zjednoczenie lokalnej społeczności była bez wątpienia akcje Pawła Althamera, który mieszkańców swojego bloku – ogromnego mrówkowca – zaktywizował do wspólnego działania. Aby na fasadzie wielkiego bloku mógł zabłysnąć napis „2000” potrzebna była współpraca wszystkich jego mieszkańców. Festyn, zorganizowany przy okazji tej akcji zgromadził ponad 3000 uczestników.

Działająca w Lublinie Pracownia Sztuki Zaangażowanej Społecznie „Rewiry” , która ideę swoich działań opiera na przekonaniu, że „kultura i sztuka mogą stać się mechanizmem zmiany społecznej i realnie wpływać na życie mieszkańców miasta. Przedsięwzięcie stawia na obecność artystów w defaworyzowanych obszarach miasta” swoje projekty kieruje do bezdomnych, uchodźców, mniejszości, grup narażonych na biedę, wykluczenie, przestępstwo. Działania Pracowni polegają na ścisłej współpracy z członkami wspomnianych społeczności.

„Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich”, proj. Joanna Rajkowska; fot. Adrian Grycuk, (CC-BY-SA-3.0-pl)

„Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich”, proj. Joanna Rajkowska; fot. Adrian Grycuk, (CC-BY-SA-3.0-pl)

Cechą artystycznych działań w przestrzeni miast jest też to, że ich poważny, reflekscyjny przekaz z czasem może zatrzeć się na rzecz czysto wizualnego. Tak stało się z palmą, którą na stołecznym Rondzie de Gaulle’a postawiła Joanna Rajkowska. Tak projekt ten opisuje Muzeum Sztuki Nowoczesnej: „Joanna Rajkowska realizuje projekt „Pozdrowienia z Alej Jerozolimskich” – sztuczną palmę na rondzie na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich i ulicy Nowy Świat. Geneza projektu sięga podróży artystki do Izraela w roku 2001 i próby uświadomienia sobie i innym czym są dla Warszawy Aleje Jerozolimskie, ich historia i próżnia jaką stworzyła nieobecność społeczności żydowskiej. Palma stała się jednym z symboli stolicy i doprowadziła do pierwszej poważnej debaty w mediach na temat roli sztuki w polskiej przestrzeni publicznej”. Dość szybko przekaz tej instalacji pozostał znany tylko grupie znawców, sama palma zaś okazała się przede wszystkim popularną „ikoną” miasta, radosnym nieco surrealistycznym gadżetem, który urozmaica wielkomiejskie przestrzenie.

Pojawiająca się w  przestrzeni publicznej sztuka zaangażowana, krytyczna, mająca pobudzać i aktywizować jest od kilku lat tematem sympozjów i konferencji. od czasu narodzin terminu :sztuka w przestrzeni publicznej” w latach 60. XX wieku jej rola ewoluuje. Kiedyś podobne działania służyły urozmaiceniu, były wynikiem chęci wydostania sztuki poza mury muzeów, jednak nie miały ściśle określonego celu do osiągnięcia. Dziś coraz częściej mówi się o „nowej” sztuce w przestrzeni publicznej, która nie tylko niesie wyraźny przekaz, ale też w dużo większym stopniu wymaga współdziałania, zaangażowania odbiorów. Antropolożka Agata Stanisz tak opisała ją na swoim blogu (zapisie prowadzonych przez nią badań etnograficznych: „”Nowa” sztuka publiczna stoi na straży dialogu publicznego, publicznej debaty, gdzie każdy (rządzący i rządzeni) ma prawo wypowiedzi. Sztuka ta niekoniecznie ma w planach cele estetyczne – forma jest tylko nośnikiem, a nie celem w samym sobie. Przesuwa się w kierunku swego rodzaju polityki – polityki swobodnego mówienia/krzyczenia”.

Dom modlitwy – dom kultury

Lipcowo – sierpniowy numer miesięcznika „Architektura&Biznes” poświęcony został przestrzeniom ducha, budowlom, powstałym, aby służyć rozwojowi duchowości ich użytkowników. Jednam z opisanych w magazynie obiektów jest kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, wzniesiony w 2013 roku w Sewilli.

Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, Sewilla, proj. Agi Architects, źródło: www.agi-architects.com

Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, Sewilla, proj. Agi Architects, źródło: www.agi-architects.com

Zaprojektowany przez pracownię AGi Architects budynek z zewnątrz nie nosi wielu oznak obiektu sakralnego. Doklejonego do ściany brązowego krzyża można nie zauważyć – przechodzień zwraca zapewne raczej uwagę na kompozycję brył z jasnego betonu, zestawionych z pawilonem obitym ciemną blachą. Brak detali, ozdób, symboli religijnych powoduje, że gmach można by z łatwością wziąć za inny obiekt użyteczności publicznej – lokalny urząd, muzeum albo dom kultury. I to ostatnie skojarzenie byłoby jak najbardziej uzasadnione. Bo opisywana tu świątynia jest bowiem nie tylko miejscem modlitwy, ale także, a może i przede wszystkim miejscem spotkań i działań lokalnej społeczności.

Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, Sewilla, proj. Agi Architects, źródło: www.agi-architects.com

Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, Sewilla, proj. Agi Architects, źródło: www.agi-architects.com

„Powstanie kościoła La Ascension del Senor otwartego niedawno w hiszpańskiej Sewilli zwieńczyło niemal piętnastoletni okres budowy lokalnego, parafialnego centrum. Idea stworzenia kościoła wraz z jego szerokim zapleczem wynikała nie tyle z chęci konstrukcji kolejnego budynku sakralnego, ale także z potrzeby wykreowania nowej przestrzeni spotkań dla dynamicznie rozwijającej się społeczności zamieszkującej w jego sąsiedztwie” – można o gmachu przeczytać w magazynie „A&B” .

Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, Sewilla, proj. Agi Architects, źródło: www.agi-architects.com

Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, Sewilla, proj. Agi Architects, źródło: www.agi-architects.com

Co ciekawe – kościół był ostatnim elementem kompleksu, jaki tu zbudowano. W pierwszej kolejności do realizacji przeznaczono budynki o funkcjach społecznych, z salami spotkań, świetlicami, przestrzeniami wspólnymi itp.  Przestrzeń stricte sakralna stanowi w tym obiekcie procentowo jego niewielką część – kościół powstał, by służyć mieszkającym w okolicy ludziom na wiele sposobów. Ma być centrum kultury, animującym życie młodszych i starszych członków wspólnoty, ale ma nieść też pomoc potrzebującym, których akurat w ostatnich latach, po uderzeniu kryzysu gospodarczego w Hiszpanii znacząco przybyło.

Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, Sewilla, proj. Agi Architects, źródło: www.agi-architects.com

Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, Sewilla, proj. Agi Architects, źródło: www.agi-architects.com

Architektoniczna idea kompleksu zakładała stworzenie tu otwartej, zapraszającej, ale i dającej poczucie bezpieczeństwa przestrzeni. Wewnętrzny dziedziniec czy sale spotkań są więc odseparowane od ulicy, osłonięte kolejnych częściami tego zespołu zabudowy. Ale jednocześnie kompleks wyposażono w widoczną, duża bramę, zaś sama architektura ma proste, nieprzytłaczające formy. Bezpretensjonalna forma, białe ściany, ciemny wewnętrzny pawilon, klarowny układ przestrzeni, ludzka skala poszczególnych segmentów – wszystko to powoduje, że żaden z użytkowników obiektu nie poczuje się przytłoczony czy to rozmiarami czy symboliką.

Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, Sewilla, proj. Agi Architects, źródło: www.agi-architects.com

Kościół Wniebowstąpienia Pańskiego, Sewilla, proj. Agi Architects, źródło: www.agi-architects.com

Sam kościół – strefa sacrum – została tak w ten zespół zabudowy wkomponowana, że niełatwo ją dostrzec. Zarówno inwestorom (czyli archidiecezji), jak i architektom zależało na tym, aby kompleks nie kojarzył się tylko i wyłącznie z religią. Uznano bowiem, że w tym miejscu ludziom w nie mniejszym stopniu potrzebne jest miejsce, gdzie mogą przyjść po pomoc, spotkać się z sąsiadami, spędzić czas, wziąć udział w wydarzeniach kulturalnych. Modlitwę uznano za jedną z wielu czynności, jakim ma służyć kościół Wniebowstąpienia Pańskiego.

 

Piasek, woda i…

Plaża – miejsce tworzenia się niezwykłych, wakacyjnych wspólnot. Ich członkowie – plażowicze – przynajmniej teoretycznie są radośni i odprężeni, nie mają wielu obowiązków, mniej krępują ich społeczne czy kulturowe więzy i powinności. Plaża – to także jedyna w krajach tzw. Zachodu przestrzeń, w której powszechnie akceptowane jest przebywanie… prawie nago.

Plażowanie, wypoczynek na piasku na wodą jest w naszym kręgu kulturowym otoczony pewnym kultem. Słońce, złoty piasek i szum fal dla wielu (jeśli nie większości) mieszkających w miastach ludzi szczytem marzeń o urlopie marzeń. Gdyby to marzenie stopniować, najwyższe miejsce zajmowałyby wakacje na którejś z opisywanych co roku w prasie „rajskich plaż” na Malediwach, Seszelach czy Hawajach (rankingi najpiękniejszych plaż świata łatwo znaleźć w magazynach o podróżach i wypoczynku, np. w „National Geographic”). Nieco niżej w hierarchii znajdują się rodzime, bałtyckie palże, ale i tu przy upalnej pogodzie w ścisku i natłoku półnagich ciał można zażywać uroków plażowania.

Punaluu Beach, Hawaje, USA, fot. Poco a poco, (CC BY-SA 3.0)

Punaluu Beach, Hawaje, USA, fot. Poco a poco, (CC BY-SA 3.0)

Jako że większość Polaków w ciągu lata trafia na dłużej czy krócej na plażę, nadmorskie tereny stają się polem do działań edukacyjnych lub… religijnych. Koncerty, wykłady, spektakle, spotkania autorskie – organizuje się na plażach, aby urlop nie polegał tylko na wylegiwaniu się na piasku. Np. w Trójmieście wiele placówek kulturalnych otwiera swoje filie na morskim brzegu.

Kultura na plaży – to nie tylko działalność teatrów czy koncerty nad morzem. Ukulturalniać przez plażowanie można też na odwrót: w tym roku przynajmniej kilka domów czy ośrodków kultury na swoim terenie utworzyło sztuczne plaże, bez dostępu do morza, wśród miejskiej zabudowy. Rozrywkowo-kulturalne plaże powstały w Zabrzu, Białymstoku, Ząbkowicach Śląskich, na warszawskiej Białołęce, w Bełchatowie.

Plaża w St. Maarten, fot. Todd Neville, (CC BY 2.0)

Plaża w St. Maarten, fot. Todd Neville, (CC BY 2.0)

Do opalających się nagusów nad morzem podejść może też… głoszący Dobrą Nowinę ewangelizator. „Grupy ewangelizatorów już od 18 lipca będą przemierzać plaże i miejscowości wypoczynkowe nad Bałtykiem, od Ustki po Dźwirzyno. Przez tydzień będzie bowiem trwać tzw. Ewangelizacja Nadmorska. Jej uczestnicy idą “na żebraka”, nie biorąc ze sobą żadnych pieniędzy i nie mając zapewnionych noclegów” – można przeczytać w katolickim portalu deon.pl.

Są plaże „rajskie”, są też plaże dla tych, którzy wolą pejzaże mniej standardowe. Na Punalu’u Beach na Hawajach piasek jest zupełnie czarny (składa się z bazaltu, pochodzącego w wulkanu), na Pink Sands Beach na Bahamach – różowy (to dzięki pancerzykom mieszkającej tu odmiany otwornic), na Thunder Cove na kanadyjskiej Wyspie Księcia Edwarda – czerwony (od tlenku żelaza). Hot Water Beach na Nowej Zelandii – to coś dla lubiących indywidualizm. Każdy może tu wykopać sobie na plaży mały dołek i posiąść w ten sposób własne, jednoosobowe gorące źródło. Wszystko dzięki płytko pod ziemią położonym wodom termalnym.

Hot Water Beach, Nowa Zelandia, fot. Steve & Jem Copley, (CC BY-SA 2.0)

Hot Water Beach, Nowa Zelandia, fot. Steve & Jem Copley, (CC BY-SA 2.0)

Miłośnicy ekstremalnych doznań na pewno poczują szczęście na Maho Beach, na wyspie St Maarten na Antylach Holenderskich. Kilkaset metrów od plaży znajduje się międzynarodowe lotnisko, a więc samoloty schodzą tu do lądowania tuż nad głowami plażowiczów. Przez dziesiątki lat plaża w Fort Bragg w Kalifornii była wysypiskiem śmieci. W latach 60. zrezygnowano z jej zanieczyszczania, jednak odpady na niej zostały. Dziś, po 40 latach zamiast śmieci można na niej znaleźć idealnie wyszlifowane przez wodę kawałki szkła. Na plaży Perran Sands w Kornwalii można dokonać jeszcze dziwniejszych odkryć – można tu wśród piasku i muszelek znaleźć klocki Lego. Wszystko za sprawą wciąż przez morze wyrzucanych zabawek z wraku statku, który w 1997 roku rozbił się w pobliżu. Miał na pokładzie kontenery pełne klocków.

 Plaża w Fort Bragg, USA, fot. Jef Poskanzer, (CC BY 2.0)


Plaża w Fort Bragg, USA, fot. Jef Poskanzer, (CC BY 2.0)

UFO jednoczy

Właśnie minęła trzydziesta rocznica powstania najbardziej oryginalnego i niezwykłego dworca autobusowego w Polsce. 20 lipca 1984 roku pierwsi pasażerowie zobaczyli UFO – czyli dworzec PKS w Kielcach.

Dworzec PKS w Kielcach

Dworzec PKS w Kielcach

Autobusowy terminal w stolicy województwa świętokrzyskiego nie jest tylko widowiskową bryłę. W czasie gdy powstał, był najnowocześniejszym tego typu obiektem w Polsce, naszpikowanym rozwiązaniami w znaczący sposób ułatwiającymi korzystanie z obiektu. W bezkolizyjny sposób rozdzielono ruch pieszych i autobusów, tworząc zarazem bardzo wygodne i zadaszone dojścia do przystanków. Podjazdy dla autobusów zaplanowano tak, aby wykluczyć generującą wypadki konieczność cofania lub innych, kłopotliwych manewrów. Układ komunikacyjny kieleckiego dworca został nawet opatentowany!
Dworzec był nie tylko wyjątkowo funkcjonalny, ale też wydajny: mógł obsłużyć 1500 autobusów i nawet 24000 pasażerów na dobę.

Dworzec PKS w Kielcach

Dworzec PKS w Kielcach

Szefem zespołu od 1975 roku projektującego dworzec był Edward Modrzejewski. Układ komunikacyjny opracował Mieczysław Kubala, konstrukcję budynku – Jerzy Radkiewicz. Wnętrza budynku zaprojektował plastyk, Andrzej Grabiwoda.

Dworzec PKS w Kielcach

Dworzec PKS w Kielcach

Dworzec założono na planie koła i promieniście otoczono kolejnymi peronami autobusowymi. Sam budynek miał dwie kondygnacje – tunelami od strony miasta pasażerowie trafiali do podziemnej hali, mieszczącej kasy, przechowalnię bagażu, informację. Z niej można było wejść na parter budynku z poczekalnią, barami, kioskami. Tu też na antresoli ulokowano biura i pomieszczenia obsługi dworca. Podobno działała tu też osobna poczekalnia dla matek z dziećmi, był też niewielki… areszt.  Budynkowi nadano niezwykły kształt zwieńczonej kopułą rotundy. Do jej budowy użyto wielu wówczas trudnych do zdobycia i nietypowych materiałów, np. pleksiglasu, z którego wykonano świetliki w kopule czy poliestru, który posłużył do budowy wiat nad peronami.

Dworzec PKS w Kielcach

Dworzec PKS w Kielcach

Wysoka, przebita okrągłymi świetlikami kopuła, „pierścienie” wiat nad peronami, wreszcie kolisty plan budowli – wszystko to nadało dworcowi wyjątkowego charakteru, nasuwającego skojarzenia ze statkiem kosmicznym (choć ponoć z chwili oddania obiektu do użytku częściej mówiło się o nim „muchomor”).

Dworzec PKS w Kielcach

Dworzec PKS w Kielcach

Reprodukowany na pocztówkach, odwiedzany przez wycieczki, opisywany w prasie obiekt, jeden z najbardziej charakterystycznych budynków w Kielcach dziś znajduje się o krok od wyburzenia. Jak wiele budowli z lat 70. czy 80. jest zaniedbany, wymaga kosztownego remontu. Jednocześnie działka, na której się znajduje jest bardzo cennym, bo położonym w centrum terenem. Łatwo znalazł się chętny do jego rozbiórki inwestor, który na miejscu dworca widziałby nowy obiekt. Choć budynek znajduje się w gminnym rejestrze zabytków, ten jednak nie chroni go prawnie, jest tylko znakiem, że obiekt ma architektoniczną wartość. Dworzec został też uwzględniony w zapisach planu miejscowego, co także pomaga z jego zachowaniu, inwestor jednak chce dworzec obudować nową częścią, kompletnie zaburzającą oryginalny kształt. Miałaby się tu znaleźć galeria handlowa.

Dworzec PKS w Kielcach

Dworzec PKS w Kielcach

W obronie dworca zorganizowała się grupa osób, doceniających jego unikalną formę. Adaptacja gmachu do nowych funkcji z zachowaniem pierwotnej formy jest tematem wielu prac studenckich. Jak podają autorzy, w lokalnym dodatku „Gazety Wyborczej” opisujący dworzec, o ochronę obiektu apelował „The Economist” i CNN.

Dworzec PKS w Kielcach

Dworzec PKS w Kielcach

Tak jak niegdyś dworzec jednoczył ogromną ilość pasażerów (gdy komunikacja autobusowa była jednym z głównych środków transportu kielecki dworzec był prawie przez cały dzień zatłoczony), tak dziś gromadzi wspólnotę przede wszystkim swoich obrońców.

Kolonia karna czy miasto idealne?

Na obrzeżach niewielkiego miasteczka Siewierz na Śląsku powstaje nowa, wyjątkowa jak na polskie warunki inwestycja: miasteczko Siewierz – Jeziorna. Na 120 hektarach w ciągu najbliższych lat ma być wybudowanych 3 tysiące mieszkań, ulokowanych w budynkach jedno- i wielorodzinnych. To pierwszy w Polsce tak duży kompleks zabudowy, wzniesiony wg zasad nowego urbanizmu, koncepcji, zakładającej organizowanie miast w tradycyjny, kameralny, sprzyjający tworzeniu społeczności sposób.

Siewierz – Jeziorna, źródło: www.siewierzjeziorna.pl

Siewierz – Jeziorna, źródło: www.siewierzjeziorna.pl

Robert Moritz, prezes zarządu ALTA SA, pomysłodawca i inwestor Miasta Zrównoważonego Siewierz Jeziorna opisywał jego główne założenia na łamach „Res Publiki Novej”. Kameralna zabudowa powstanie wzdłuż wąskich i krętych ulic. Taki układ drogowy ma służyć naturalnemu uspokojeniu ruchu, w którym piesi, rowerzyści i kierowcy współegzystują na jednej, bezpiecznej przestrzeni – nie trzeba ich rozdzielać osłonami, płotkami, barierkami. Zresztą miasteczko zaplanowano tak, aby wszędzie dało się dotrzeć pieszo – by samochód przestał być potrzebny. „W Siewierzu Jeziornej powstaje przestrzeń miejska dla ludzi w każdym wieku, o różnych potrzebach i zasobności portfela. Zróżnicowany przekrój przyszłych mieszkańców tego miejsca sprawia, że w jego obrębie powstanie lokalna społeczność z prawdziwego zdarzenia. Budowie sąsiedzkich relacji sprzyjać będą też liczne przestrzenie wspólne – parki, skwery, ścieżki rowerowe i przystań nad jeziorem” – pisze Robert Moritz. Będzie rynek, małe sklepiki, plac targowy, szkoła, przedszkole, kościół. Wszystko blisko i zaprojektowane w poszanowaniu przyrody. Co więcej: precyzyjnie zaplanowane zostaną także same domy: ich kolorystyka, elementy małej architektury (te publiczne, jak latarnie, ale i te prywatne, jak parkany, płoty, skrzynki na listy). W miasteczku wszystko jest zaplanowane: nie przewiduje się grillowania we własnym ogródku – miejsca na grilla powstaną w parku; niedopuszczalne będzie ingerowanie w wygląd domu czy jego otoczenia. Dzięki temu Siewierz – Jeziorna będzie całkowicie pozbawiony przestrzennego i estetycznego chaosu, z jakim mamy na co dzień do czynienia w polskich miastach. Będzie też scalał lokalną społeczność, wspomagał więzi międzyludzkie, sąsiedzką współpracę i koegzystencję.

Siewierz – Jeziorna, źródło: www.siewierzjeziorna.pl

Siewierz – Jeziorna, źródło: www.siewierzjeziorna.pl

Brzmi idealnie?

Kilka miesięcy temu na łamach „Gazety Wyborczej” ukazał się tekst, w którym Małgorzata Goślińska przedstawiła budowane miasteczko jako zagrożenie dla wolności. „Przyszli mieszkańcy Jeziorny przed kupnem lokalu będą musieli zaakceptować kodeks architektoniczny i statut. Przestrzegania zasad dobrosąsiedztwa mają pilnować ochroniarze. Zasady można kształtować z dużą dowolnością, bo miasteczko jest prywatne i coś takiego jak “picie w miejscu publicznym” w ogóle nie istnieje, a żebraków i bezdomnych można eliminować jak w centrum handlowym. Zakazana jest jaskrawość, domy zaprojektowano od koloru dachówki po kształt skrzynki na listy, budowy pilnował architekt nadzorujący i nie wolno niczego zmieniać, wieszać ani wystawiać wedle własnego widzimisię”.

Spostrzeżenia autorki potwierdza socjolog miasta, prof. Bogdan Jałowiecki: „To pomysł z piekła rodem. Zawsze kończył się katastrofą. Pomysłodawcom wydaje się, że stworzą raj dla mieszkańców. Tylko pogratulować pewności siebie. W Anglii na początku XIX w. Ebenezer Howard wymyślił miasta ogrody, żeby przechwycić napływ ludności do Londynu. Mimo że stworzono nawet miejsca pracy, miasta zamieniły się w gigantyczne sypialnie. Przedsiębiorcy wycofali się, tkanka miejska się zdegradowała. Podobne przykłady można znaleźć w podręcznikach do architektury”.

Siewierz – Jeziorna, źródło: www.siewierzjeziorna.pl

Siewierz – Jeziorna, źródło: www.siewierzjeziorna.pl

Komu wierzyć? Może tak skrajnie uporządkowana i zaplanowana przestrzeń będzie jakimś lekarstwem i na polski chaos przestrzenny, i na anonimowość i brak więzi miedzy sąsiadami? Urbanistka Magdalena Staniszkis w kontekście projektu osady Siewierz – Jeziorna mówi: „Wokół polskich miast rozlewa się współcześnie zabudowa przedmieść bez ulic i rynków, bez parków, sklepów, szkół, przedszkoli, przychodni i wszystkiego, co w zagospodarowaniu przestrzennym mogłoby organizować życie lokalnej społeczności obywatelskiej”. Czy więc śląska inwestycja nie jest nam potrzebna choćby po to, by pokazać, że może być pięknie?

Ale jest druga storna medalu: podobno Polacy jak nic na świecie cenią sobie wolność – a więc szybko zbuntują się przeciwko zakazom dekorowania ogrodów czy zmiany koloru elewacji własnego domu. Na wytrzymają w świecie zakazów i regulacji, łamiących „świętą” zasadę „wolnoć Tomku w swoim domku”. Podobnie z sąsiedzką wspólnotą – Polkom nie zależy na tworzeniu lokalnych społeczności, nierzadko wręcz cenią sobie anonimowość w miejscu zamieszkania, zapewnia ona im spokój. „W Austrii czy Szwajcarii nikt nie wybuduje gargamela, bo to burzyłoby ład przestrzenny. Ład jest ważny, ale w Polsce musi wynikać z potrzeby ludzi. U nas panuje dowolność. Nie ma szacunku dla tego, co jest nakazane. Widać to choćby w ruchu drogowym. Ludzie będą się buntować” – mówi prof. Jałowiecki.

Miatseczko Siewierz – Jeziorna dopiero powstaje, na razie jeszcze nikt się tam nie wprowadził (sprzedaż domów trwa). Jak będzie się sprawdzał w praktyce ten eksperyment, okaże się za kilkanaście pewnie lat. Polemizując z negatywnym obrazem projektu Siewierza – Jeziornej urbanista Grzegorz Buczek zauważa: „ domy w osiedlach zbudowanych na zasadach “nowego urbanizmu” jako jedyne nie straciły na wartości w czasie kryzysu amerykańskiego rynku nieruchomości”…

Pomnik do używania

Król na koniu, generał z szablą, poeta ze zwojem papieru i piórem– tego typu pomniki odchodzą w niepamięć. Współczesne monumenty coraz częściej służą ludziom nie tylko w wymiarze symbolicznym, ale też całkiem dosłownym.

Holocaust Memorial, Berlin,  fot. Mark Fosh, (CC BY 2.0)

Holocaust Memorial, Berlin, fot. Mark Fosh, (CC BY 2.0)

Jednym z najbardziej znanych tego przykładów jest upamiętniający pomordowanych w czasie II wojny światowej Żydów Holocaust Memorial (Denkmal für die ermordeten Juden Europas), zaprojektowany w 2003 roku przez Petera Eisenmana dla Berlina. Zastawiony 2711 betonowymi blokami plac o powierzchni 19 tys.m2, choć symbolizuje największą tragedię i zbrodnię współczesnego świata, jest jednocześnie lubianą przestrzenią publiczną. Ludzie tu się opalają, odpoczywają, spotykają się.

Diana, Princess of Wales Memorial, Londyn, proj. Gustafson Porter, źródło: www.gustafson-porter.com

Diana, Princess of Wales Memorial, Londyn, proj. Gustafson Porter, źródło: www.gustafson-porter.com

Plan, aby pomnik, upamiętniający tragicznie zmarłą, znaną postać niósł radość i przyjemność miała od początku Kathryn Gustafson. To ona, wraz z zespołem ze swojej pracowni Gustafson Porter w 2003 roku opracowała projekt pomnika ku czci Lady Diany, byłej żony brytyjskiego księcia Karola. Lady Di, która zginęła tragicznie w wypadku samochodowym, nazywana przez rodaków „Królową ludzkich serc” była przez wielu ludzi otoczona wręcz kultem. Projektując pomnik dedykowany jej pamięci architekci postanowili stworzyć formę delikatną, subtelną, a zarazem… funkcjonalną.

Diana, Princess of Wales Memorial, Londyn, proj. Gustafson Porter, źródło: www.gustafson-porter.com

Diana, Princess of Wales Memorial, Londyn, proj. Gustafson Porter, źródło: www.gustafson-porter.com

I tak na zboczu jednego z pagórków w Hyde Parku w Londynie powstała fontanna  w formie wspinającego się po wzniesieniu pierścienia z granitu. Z najwyżej położonego miejsca owego pierścienia wypływa woda, która dzięki specjalnie ukształtowanemu i wydrążonemu dnu basenu spływając w dół wydaje rozmaite dźwięki. Zmieniają się one wraz z przemieszczaniem się wody – celem architektów było wykreowanie za pomocą dźwięku rożnych nastrojów, jakie może wywoływać fontanna.

Diana, Princess of Wales Memorial, Londyn, proj. Gustafson Porter, źródło: www.gustafson-porter.com

Diana, Princess of Wales Memorial, Londyn, proj. Gustafson Porter, źródło: www.gustafson-porter.com

Położona w parku konstrukcja nie jest eksponatem ani tradycyjnym pomnikiem: zgodnie z planem projektantów można bowiem w nim moczyć nogi, chlapać się, opalać na brzegu. Pomnik o nazwie Diana, Princess of Wales Memorial miał się stać miejscem żywym I niosącym radość; ani architekci, ani fundujące pomnik władze miejskie nie chcieli tworzyć monumentu, ponurego i martwego obiektu, który w patetyczny sposób wspominałby pamięć zmarłej księżnej. Zamiast tego powstała grająca fontanna, która nie tylko pozwala przypomnieć sobie honorowaną w ten sposób osobę w optymistyczny, przyjemny sposób, ale i umożliwia wspólne spędzanie czasu większej grupie osób – jednoczy zwiedzających park.

Krajobraz grupowy

Architekt krajobrazu – ta profesja większości laików kojarzy się z kimś, kto w cudzych ogrodach rozlokowuje skalniaki i rysuje przebieg żywopłotów. W powszechnym mniemaniu architekt krajobrazu sieje trawę i dobiera krzewy do koloru kafelków na tarasie.

9/11 Memorial, Nowy Jork, proj. PWP Landscape Architecture, źródło: www.pwpla.com

9/11 Memorial, Nowy Jork, proj. PWP Landscape Architecture, źródło: www.pwpla.com

Tymczasem – co pokazuje choćby zestawienie dziesięciu najważniejszych pracowni, dokonane przez Landscape Architects Network – niektórzy współcześni architekci krajobrazu częściej niż ogrody projektują przestrzeń zurbanizowaną, miejskie place, pomniki, miejskie treny rekreacyjne i rewitalizowane obszary zdegradowane.

9/11 Memorial, Nowy Jork, proj. PWP Landscape Architecture, źródło: www.pwpla.com

9/11 Memorial, Nowy Jork, proj. PWP Landscape Architecture, źródło: www.pwpla.com

Widać to szczególnie w krajach tzw. Zachodu. Tam współpraca „zwykłych” architektów z projektantami zieleni jest w wielu przypadkach oczywista i naturalna, a wiele miejskich przedsięwzięć w całości realizują tylko architekci krajobrazu. Peter Walker, szef pracowni PWP Landscape Architecture specjalizuje się w projektowaniu przestrzeni publicznych wokół biurowców, na terenach handlowych czy uczelnianych. Tworzy projekty, uzupełniające architekturę, powodujące, że budynki nie są tylko zamkniętymi strukturami, ale zaczynają funkcjonować jako część większej przestrzeni i są dostępne dla większej ilości osób. Najważniejszą jego realizacją ostatnich lat jest bez wątpienia 9/11 Memorial w Nowym Jorku. Wokół zburzonych wież powstał park, zaś w miejscu ich fundamentów dwa potężne baseny z wodą, lejącą się w głąb ziemi i obramowaniami z wygrawerowanymi nazwiskami ofiar.

Kompleks wypoczynkowy Casa De La Flora, proj. Pok Kobkongsanti, TROP, źródło: www.troplandscape.com

Kompleks wypoczynkowy Casa De La Flora, proj. Pok Kobkongsanti, TROP, źródło: www.troplandscape.com

Tajlandzki projektant, Pok Kobkongsanti, szef biura TROP znany jest z umiłowania do naturalnych materiałów, kamienia czy drewna, których używa zarówno w prywatnych, jak i publicznych czy komercyjnych realizacjach. Kathryn Gustafson, współtwórczyni pracowni Gustafson Porter jest ceniona za projekty bezpretensjonalne, łatwe i przyjemne w użytkowaniu, proste i bardzo przyjazne użytkownikom. Architektka znana jest dzięki założeniu krajobrazowemu, upamiętniającemu Księżną Dianę (który jest jednocześnie zwykłym publicznym parkiem) czy ogólnodostępnemu parkowi utworzonemu… na pustyni, u stóp góry Jebel Hafeet w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

Diana Memorial Fountain, Londyn, proj. Gustafson Porter, źródło: www.gustafson-porter.com

Diana Memorial Fountain, Londyn, proj. Gustafson Porter, źródło: www.gustafson-porter.com

Chiński architekt krajobrazu, Kongjian Yu (właściciel pracowni Turenscape) tworzy duże założenia, w których zieleń są tylko jednym z wielu elementów. Długa na prawie kilometr trasa spacerowa Long Sleeve Skywalk, wybudowana w mieście Suining w 2009 roku – to wijący się miękko nad miastem ażurowy wiadukt, z którego można oglądać miasto i specjalnie zaprojektowane pod spodem tereny zielone. 11 hektarów opuszczonej stoczni w mieście Zhongshan Kongjian Yu wraz ze współpracownikami zamienił w park z biegnącymi po wodzie trasami spacerowymi oraz licznymi pawilonami w których można spędzać czas.

Long Sleeve Skywalk, Suining, proj. Turenscape, źródło: www.turenscape.com

Long Sleeve Skywalk, Suining, proj. Turenscape, źródło: www.turenscape.com

Wielu przedstawicieli branży uważa, że zawód architekta krajobrazu jest o wiele trudniejszy niż „zwykłego” architekta. Ten pierwszy bowiem musi znać się zarówno na ogrodnictwie, jak i na budownictwie. Patrząc na współczesne realizacje z dorobku znanych pracowni architektury krajobrazu trudno się z tym nie zgodzić…

Zhongshan Shipyard Park, proj. Turenscape, źródło: www.turenscape.com

Zhongshan Shipyard Park, proj. Turenscape, źródło: www.turenscape.com